km: 62 (To przez te ich miasta! Oznaczenie szlakow wewnatrz miasta strasznie kuleje. Nie pomaga tez fakt ze wszystkie maja jeden kolor…)
trasa: Poenitz > Middelburg > Eutin > Hutzfeldt > Bosau > Bredenbeck > Godau > Dersau > Stocksee > Schmalensee > Belau
Wyruszamy o w miare normalnej porze. Cele na dzis nieco odmienne, bo stricte organizacyjne. Znalezc bankomat, sklep rowerowy (Kuba kupuje nowa opone) oraz kupic bilet powrotny. W Lubeck na bahnhofie okazuje sie bowiem, ze nasza superpromocja, wyszukana jeszcze w lipcu, juz dawno nie istnieje i zamiast placic 39E za pociag Arnhem-Wolgast z 4 przesiadkami (wciaz 40 km do granicy), musimy kupic bilet za stowe – ale z jedna przesiadka i do samej warszawy.
Do miasta dojezdzamy bez wiekszych problemow, wszystko idzie gladko. Bilety powrotne Amsterdam-Warschau (pani wlada lenglidzem, ale Warsaw nie rozumie) kupione.
Schody zaczynaja sie przy wyjezdzie z miasta. Na poczatek jedna sciezka konczy sie slepo. Potem wracamy na slimaki rozjazdow drog krajowych. Do gory, wiaduktem, prawo, dol, lewo, pod wiaduktem. Napis Eutin. Jak to?! Dopiero stamtad wyjechalismy. Nowe drogowskazy. Prawo, wiadukt, lewo, etc. etc… w koncu trafiamy na wlasciwa sciezke. Miasta nas zdecydowanie nie lubia.
Po drodze, na jednym z pol tufiacych wsia (nie gorzej niz nasze rodzime) wyjechala przed nas przyczepka z kilkoma czerwonolicymi, znajomie wygladajacymi chlopami. Zawolali „Polacy?!” i zasmiali sie rubasznie w odpowiedzi na pytanie o nasz cel podrozy. „Pewnie zajarac blnata” – dalej chichoczac znikneli za zakretem…
Kemping mielismy upatrzony nad jeziorkiem. Okazuje sie strzalem w dziesiatke. Na wejsciu mila, starsza pani, kemping to taka troche agroturystyka – stoi gdzies stodola, jakas wiata na traktory, ale tez spory kawal ziemi na przyczepy i namioty, elegancko wyrownany i porosniety, troche na dziko, trawa. No i dojscie do wody. Idealnie.
No i jeszcze sasiedzi – para na motorach (Indian z 47′!).