Dzien jedenasty – w ktorym to nie dzieje sie nic

12 08 2010

km – 6 (do sklepu i z powortem)

Plany byly nieco inne… Owszem, wies spokojna, wies wesola, zauroczyla nas wszystkim, od ceny po krajobraz (konie!!!), ale zeby taki len… Zawinila pogoda, a jakze – znow deszcz od rana i histeryczne sciaganie prania po pierwszych kroplach, a juz mielismy nadzieje zreenerowac zapasy odziezy, moze nawet powylegiwac sie na sloncu. Zamiast tego caly dzien w namiocie i zajadanie nudy.

Bo w czasie deszczu dzieci sie nudza, jak mowi piosenka. Nudza i jedza, tym razem nawet trzy posilki… i przekaski….





Dzien dziesiaty – ucieczka z miasta

11 08 2010

km: 62 (To przez te ich miasta! Oznaczenie szlakow wewnatrz miasta strasznie kuleje. Nie pomaga tez fakt ze wszystkie maja jeden kolor…)

trasa: Poenitz > Middelburg > Eutin > Hutzfeldt > Bosau > Bredenbeck > Godau > Dersau > Stocksee > Schmalensee > Belau

Wyruszamy o w miare normalnej porze. Cele na dzis nieco odmienne, bo stricte organizacyjne. Znalezc bankomat, sklep rowerowy (Kuba kupuje nowa opone) oraz kupic bilet powrotny. W Lubeck na bahnhofie okazuje sie bowiem, ze nasza superpromocja, wyszukana jeszcze w lipcu, juz dawno nie istnieje i zamiast placic 39E za pociag Arnhem-Wolgast z 4 przesiadkami (wciaz 40 km do granicy), musimy kupic bilet za stowe – ale z jedna przesiadka i do samej warszawy.

Do miasta dojezdzamy bez wiekszych problemow, wszystko idzie gladko. Bilety powrotne Amsterdam-Warschau (pani wlada lenglidzem, ale Warsaw nie rozumie) kupione.

Schody zaczynaja sie przy wyjezdzie z miasta. Na poczatek jedna sciezka konczy sie slepo. Potem wracamy na slimaki rozjazdow drog krajowych. Do gory, wiaduktem, prawo, dol, lewo, pod wiaduktem. Napis Eutin. Jak to?! Dopiero stamtad wyjechalismy. Nowe drogowskazy. Prawo, wiadukt, lewo, etc. etc… w koncu trafiamy na wlasciwa sciezke. Miasta nas zdecydowanie nie lubia.

Po drodze, na jednym z pol tufiacych wsia (nie gorzej niz nasze rodzime) wyjechala przed nas przyczepka z kilkoma czerwonolicymi, znajomie wygladajacymi chlopami. Zawolali „Polacy?!” i zasmiali sie rubasznie w odpowiedzi na pytanie o nasz cel podrozy. „Pewnie zajarac blnata” – dalej chichoczac znikneli za zakretem…

Kemping mielismy upatrzony nad jeziorkiem. Okazuje sie strzalem w dziesiatke. Na wejsciu mila, starsza pani, kemping to taka troche agroturystyka – stoi gdzies stodola, jakas wiata na traktory, ale tez spory kawal ziemi na przyczepy i namioty, elegancko wyrownany i porosniety, troche na dziko, trawa. No i dojscie do wody. Idealnie.

No i jeszcze sasiedzi – para na motorach (Indian z 47′!).





Dzien dziewiaty – Lubeck, labirynty przedmiescia

10 08 2010

Km: 60

Trasa: Privall > Lubeck > Bad Schwartau > Pansdorf > Poenitz

Zwiedzanie rozpoczynamy od portu, przy ktorym przyszlo nam obozowac. Juz od wczorajszego wieczoru nurtowal nas stojcy przy koncu kei ogromny zaglowiec. Nazywa sie „passat” i choc jeszcze w ubieglym wieku kursowal po calym swiecie, obecnie stoi w Privall jako nawodne muzeum. Potem juz tylko przeprawa promem i… No wlasnie… Dostanie sie do miasta to w Lubece nie taka prosta sprawa, zwlaszcza dla rowerzystow. WYdawac by sie moglo idealne (w porownaniu z polskimi) oznaczenia szlakow o raz kolejny zawodza. Ponad 2h bladzenia a w koncu, gdzies na stacji benzynowej w srodku niczego, lamanym angielsko-niemieckim wydukana wskazowka – do starego miasta dostac sie mozna tylko autobusem. Tu nastepuje rehabilitacja niemieckiego transportu, czekamy chwile i na przystanek podjezdza autobus w pelni przystosowany do przewozu rowerow. Milo.
Na zwiedzanie znow czasu nie bedzie, dostajemy sie na ‘wyspe’, na ktorej stare miasto sie miesci i z otwartymi paszczami, bo z zachwytu, ale ekspresowo, bo juz pozno, staramy sie zobaczyc jak najwiecej. Gotyckich zabudowan jest tu mnostwo. Na tak nieduzej przestrzeni zmieszczono z 7 kosciolow, kazdy wart zobaczenia, a do tego elementy murow, stary ratusz i pieknie zachowane zabudowania starowki. Ludzi pelno, to juz nie wyludnione, pelne starszych niemieckich obywateli miasteczko, duzo tu mlodych, turystow, obcokrajowcow, typowych dla starowek upstrzonych kiczem straganow i ulicznych grajkow. Podoba nam sie klimat i bawia wieze, ktorych tu na wyspie pelno, a goruja nad calym miastem. Bawia bo sa niesamowicie krzywe. Kazda iglica przechylona w innym kierunku, dziw bierze ze w ogole stoja jeszcze w pionie.
A teraz czas uciekac. Z wyjazdem jest juz latwiej, ale kolejne dwie gumy kuby i samo „ogladanie” miasta zjadly nam czas do wieczora. Na kemping dojedziemy o rekordowej porze bo po 23. Proujemy jeszcze szukac tanszej opcji ale nic z tego – okolice wielkiego miasta winduja ceny w gore, w recepcji zdzieraja z nas z kamienna twarza kase wg cennika, ktory informuje, ze nawet za posiadanie psa trzeba tu placic…. Szybka kapiel (doplacamy za magiczny 4minutowy zeton) i nieludzkie obzarstwo dlugo wyczekiwanym obiadem.

Obiecujemy sobie krecic wiecej.





Dzien osmy – dream team

9 08 2010

km:

Trasa: Zierow > Ostseebad Boltenhagen > Gross Schwansee > (wzdluz wybrzeza) > Privall

To juz tydzien! Tydzien kempingow, rowerow, morza i wurstow na bylych terenach NRD, Ale z Baltykiem i wybrzezem niedlugo przyjdzie nam sie pozegnac. Nocleg ciezki, bo urozmaicony placzem dziecka, z kolei plecki powoli nam sie odksztacaja i lepiej znosza twarda niemiecka ziemie. Pogoda ladna, jedziemy szybko, wracamy jeszcze na kilka godzin do miasta (ile to zjada czasu!) i pedzimy dalej, najbardziej do tej pory pagorkowatym terenem, z ambitnym celem dotarcia do Lubeck przed zmrokiem. Wczesniej w miescie Kuba spoyka swoja rowerowa blizniaczke (obaj zapatrywali sie akurat w miejscowym sklepie branzowym ). Jest ona pierwszym czlonkiem zabawnej grupy, ktora utworzymy tego dnia. Pirat przewodnik, ktory wskazuje nam droge i towarzyszy przez nastepne 20 km, spotykana jeszcze kilka razy wspomniana niewiasta na poziomym wehikule i pewna para, ktora zawsze wyprzedzalismy na gorce, i ktora brala nas na postojach. Pozniej byl darmowy internet (pierwszy!), fischbrotchen za 1E i guma Kuby i Michala…. Stracilismy sporo czasu ale zdolalismy podgonic i dotrzec pod Lubeke (Privall) gdzie po raz pierwszy moglismy wypiac sie na drogi kemping i przenocowac, troche fartem, troche na ladne oczy, w spokojny obozowisku dla sportowcow wodnych. Poldarmo i bardzo milo, nawet ziemia wydawala sie jakas taka miekka… A tuz obok wielki port, najwiekszego do tej pory miasta, wyglada pieknie.

Obczaimy jutro ;)





Dzien siodmy – czas proby!

8 08 2010

km: 78
Trasa: Borgerende->Kuhlungsborn->Rerik->Boiensdorf->Blowatz->Wismar->Zierow

Ten dzien byl dla nas prawdziwa proba woli. Z samego rana ze spiworow wyrwal nas odglos kropli rozbijajacych sie o poszycie namiotu. Wyskoczylismy napredce sciagac ze sznurkow wczorajsze pranie, ktore niestety nie calkiem przeschlo. W nadziei, ze przestanie padac zamarudzilismy jeszcze chwile, ale majac na uwadze to, iz na naszym kempingu obowiazywala doba hotelowa, do 11 trzeba bylo sie wyniesc. Zwijanie mokrego namiotu to jeden z wiekszych demotywatorow tego dnia – poza perypetiami Kuby, ale o tym za chwile… Na sam koniec pobytu cena podskoczyla dodatkowo o 6 Euro gdyz, jesli jeszce nie wiecie, jesli w namiocie o powierzchni miejszej niz 4m2 spia trzy osoby, to mimo iz wedle ich cennika jest to namiot maly – wraz z ta dodatkowa osoba staje sie wiekszy niz 4m2 i nalezy doplacic. Oczywiscie i tym razem nikt nie mowi po angielsku. Oczywiscie pani doskonale nas rozumie, ale odpowiada nam po niemiecku. Owa recepcjonistka, ktorej to znalezlismy jeszcze wiele innych imion podsmiewala sie nawet z naszych prob porozumieia po niemiecku! W iscie partyzanckim stylu pozamykalismy im zatem kombinerkami toalety i prysznice… ot tak, na do widzenia.

Doswiadczenie nauczylo nas, ze kiedy na wybrzezu pada, to bedzie tak juz caly dzien. Jechalismy wiec, co jakis czas zatrzymujac sie by przeczekac co wieksze fale opadow. Przez pierwsze trzy godziny przejechalismy….okolo 20 km. Ponadto Kuba zaliczyl wywrotke na rozsypanym po asfalcie zbozu, na szczescie niegrozna. Poza tym przez caly dzien zlapal 3 gumy (w tym samym kole)!! Z usterek nalezy jeszcze wymienic hamulce Michala, ktore wysiadly gdzies okolo 2/3 trasy. Bylo kilka interesujacych landschaftow, jak na przyklad zalaczony na zdjeciu niemiecki stonehenge z 3200 PNE na srodku pola burakow cukrowych. Mnie tez nie ominelo fatum, zatakowal mnie twarozek trzymany w menazce. Rozpelzl sie po sakwie, wymuszajac tym samym postoj na kanapki z twarozkiem (tym, ktory ocalal), co zbieglo sie w czasie z druga guma Kuby.
Naszym celem bylo Wismar. Miasto o ogromnej dzielnicy przemyslowej widocznej z daleka, zanikajacej strefie osiedli oraz calkiem sporym i ladnym centrum z waskimi uliczkami i urokliwymi kamienicami. Kupilismy sobie z lodki wedzona rybke (makrele i fladre). Od Wismar pogoda zaczela sie poprawiac (nadal siapil deszcz, ale mniej intensywnie) az w koncu okolo 19 na niebie ukazal sie fragment niebieskiego nieba. Byloby juz lepiej, gdyby nie trzecia guma Kuby.

Dotarlismy na kemping, ktory niestety okazal sie kolejnym czterogwiazdkowym luksusowym polem namiotowym z recepcja, sauna etc. po 8 euro od lebka. Po krotkiej naradzie postanowilismy szukac dalej, gdyz na mapie widnial jeszcze jeden w poblizu. Niestety, po dotarciu na miejsce, okazalo sie, ze albo to eks-kemping, albo future-kemping. Innymi slowy kawal laki i nic wiecej. Wrocilismy poplawic sie w luksusach przez jeszcze jeden dzien.

Na sam koniec dnia po dotarciu na kemping fatum zgarnelo swoja ostatnia ofiare, Kubie stluklo sie wiezione az z Wismar piwo….





Dzien szosty – przymusem… na plazy

7 08 2010

km: 38 (!!)

Plan byl nastepujacy: zrobic pranie, zostawic wszystkie rzeczy na kempingu i pozwiedzac nieco Warnemünde.

Wszystko poszlo nie tak.

Po dojechaniu malownicza traska do Warnemünde ( zalaczona na zdjeciach, wlasciwie to cofnelismy sie troche ) okazalo sie, ze zaglowce juz wyplynely wiec z ich ogladania nici. Pokrecilismy sie nieco po miescie, Kuba odnalazl swoj upragniony Baumarkt ( kupowal klej, nie pytajcie ;-) ), na koniec odwiedzilismy burgerkinga. Niespodzianka spotkala nas po powrocie na kemping. Na kempingu bowiem obowiazywala doba hotelowa, o czym oczywiscie nikt nas nie poinformowal wieczorem kiedy sie meldowalismy. Kiedy przyszlo do wyjasniania sprawy nagle pani z recepcji przestala mowic po angielsku, co pozniej okazalo sie byc w tych stronach standardem. Takim oto sposobem zaplacilismy za kolejny dzien do 11 rano, wiec nasz pobyt sie przymusowo przedluzyl. Wykorzystalismy to na obmyslanie zemsty, pranie i generalne marnotrawienie cennego czasu. Szkoda , ze kupilismy na wieczor tylko jedno wino! Odwiedzilismy za to plaze (popoludniu, wieczorem, noca xP) i wykazalismy sie wyjatkowa pomyslowoscia przy chlodzeniu wina,ktora rozbawila tubylcow. ( schowalismy je w pal od falochronu, ktory byl wydrazony w srodku, potem Kuba wbiegl do wody i WTEM! wyciagnal z falochronu wino ;-) )

Polecamy sierpniowe niebo, leca perseidy – duze ilosci spadajacych gwiazd.





Dzien piaty – na plaze!

6 08 2010

km: 99,5

trasa: Barth > Zingst > Prerow > Wieck > Born > Wustrow > Graal-Müritz > Rostock(Warnemünde) > Nienhagen

Na poczatku trasa prowadzila przez tereny podmokle wzdluz nieczynnych torow kolejowych, po obu stronach jak okiem nie siegnac mokradla i trzciny. Nastepnie wynioslo nas na nabrzeze, stamtad z powrotem nad jeziora i dalej przez dwa miasta, na calej dlugosci trasy po prawej morze, po lewej jezioro. Planowalismy posotj przed Rostock, ale w Warnemünde odbywa sie wlasnie zlot zaglowcow w zwiazku z czym oblozenie na kempingach jest ogromne. Jedyne pole przed Rostock wygladalo jak wielki oboz i zawolali po 15E od osoby!! Po chwili namyslu i stania w kolejce postanowilismy pojechac dalej. Przejechalismy w pospiechu przez Warnemünde (promem przez rzeke, a dalej trasa wzdluz plazy i przez las). Na pewnym odcinku podlaczyl sie pod nas jakis local, ktory przez dlugi czas dotrzymywal nam tempa (co to za wysilek skoro nie byl obladowany jak mul), gdzie tempo nalezy rozumiec jako zatrwazajace 25 km/h. Tutaj na sciezkach wszyscy jezdza okolo 12 wiec wygladalismy na prawdziwych piratow. Na przyczepce Kuby zagoscila polska flaga, wykonana z pocietej flagi jakiegos niemieckiego landu, wiec wiali i zjezdzali na pobocze ;-) Na niektorych sciezkach jest taki ruch, ze trzeba zachowywac sie jak na polskich drogach krajowych, z redukcja przed wyprzedzaniem, zjezdzaniem do samej krawedzi drogi przy mijaniu oraz wyprzedzaniem na trzeciego ( specjalnosc Michala , och, zebyscie widzieli te przerazone twarze). Ciagle obserwujac zachodzace slonce dojezdzamy na nowy, tanszy (ale wciaz drozszy niz nasz poprzedni!) kemping nad sama plaza.





Dzien czwarty – wirelessless… :/

5 08 2010

Na poczatek przepraszamy za nieukazujace sie komentarze, juz wszystko dziala poprawnie. Z wpisami coraz ciezej, kto myslal ze w Niemczech wszedzie jest bezplatny internet, ten jest w bledzie- takie rzeczy tylko u nas! Tutaj wszedzie i za wszystko sobie licza. Internet? Jasne, ale w kawiarence i za 3 E godzina.

Km: 90
Trasa: Stahlbrode > Brandshagen > Stralsund > Prohn > Neubartelshagen > Barth > Barth Tannenheim

Oznaczenia szlakow sa wcale nie najlepsze! Tego dnia pare razy zdarzylo nam sie pobladzic. W tak wielkim miescie jakim jest Stralsund nie znalezlismy internetu za darmo, natomiast im dalej na zachod tym drozsze noclegi. Na poczatku nieco kluczlismy, by nastepnie wyladowac na przepieknym szlaku wzdluz wybrzeza, po prawej stronie klif i morze, po lewej laki/jeziora/lasy. Zalaczamy zdjecia. Jako ze wpisujemy z lekkim opoznieniem musimy sie przyznac ,ze niewiele z tego dnia mozemy sobie przypomniec.





Dzien trzeci – gotyckie kosciolki

4 08 2010

km: 103

trasa: Uckeritz > Zinnowitz > Wolgast > Lubmin > Ludwigsburg > Greifswald > Reinberg > Stahlbrode

Caly dzien w trasie… Co prawda zebralismy sie dopiero po 11, ale swoje nakrecilismy. Z mala przerwa w McDonald´s i pikniku pod stacja benzynowa, przejechalismy przez mnostwo urokliwych miasteczek. Wiekszosc ze starymi, ale pieknie utrzymanymi zabudowaniami, a przede wszystkim gotyckimi kosciolami. Lokalne autostrady rowerowe na wielki plus, poza jednym piekielnym odcinkiem bruku. Kuba stracil czucie w posladkach po przekroczeniu 40 km/h oczywiscie z gorki. Normalnie takich predkosci nie osiagamy.  Odwiedzilismy bardzo piekna miescinke – Ludwigsburg w starym stylu. Domki kryte strzecha , kaplica gotycka i zamkopodobna budowla miejscowej burzuazji w nienajlepszym juz stanie. Na wjezdzie do Griefswaldu ruiny klasztoru z ogromnym ,zapierajacym dech w piersiach lukiem podane w angielskim stylu – z rowno przystrzyzona trawka i stuletnimi drzewami. Namiot rozbijalismy juz poznawym wieczorem, ale na o wiele lepszym kempingu. Przyjaznie, spokojnie no i ciepla woda w cenie!

Nikt lub prawie nikt nie mowi po angielsku!!! No i wszyscy gapia sie na Kube i jego rower, choc on zdaje sie tego nie dostrzegac xP





Dzien drugi – looks like it´s gonna rain again…

3 08 2010

Km : 8 (do sklepu i z powrotem)

Drugi dzien nie minal ani troche tak jak zaplanowalismy. Caly dzien lalo i utknelismy w Uckeritz, na polu namiotowym na ktorym zatrzymalismy sie dzien wczesniej. Mielismy piekny landshaft jeziora Achterwasser, ale co z tego kiedy dookola namiot na namiocie i kamper na kamperze, straszny tlok i deszcz caaaaly dzien. Uplynal nam wiec na obserwacji zwyczajow nasch ‘sasiadow’. Pierwsze wnioski: wszedzie wurst, w kazdej postaci i o kazdej porze dnia, dziwne nawyki zadomawiania przez tutejszych camperow poprzez obstawianie ich plotkami i kwiatkami – nie ma jak w domu… Wszyscy ‘kempingowicze’ przesiadywali w kantynie kuszacej zapaszkiem podsmazanych kielbasek i troche drogawym piwkiem.








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.